|
OPOWIEŚCI
Z KRAINY CIEMNOŚCI
|
|
Luty
1999
|
|
Jest połowa lutego okropnie zimna i deszczowa noc w Leeds, gdy udaje mi się złapać Dean'a White'a siedzącego przy barze z Guinessem w dłoni. Śmiał się do słuchawki, kiedy poprosiłem go o udzielenie wywiadu - "Dobra, w porządku... Dlaczego ktokolwiek chciałby czytać wywiad z klawiszowcem?" Swoją drogą to przyzwyczaiłem się już do tego, że dla mediów nie istnieję..." No cóż, ale przecież istnieje i w tym sęk. Gra w zespole od ponad czterech lat i ciągle nikt nie przeprowadził z nim wywiadu, więc chyba już najwyższy czas. Twierdzi, że ma niezachwianą wiarę w boskość muzyki, poczucie humoru, które pozostaje "niezmienne, być może zbyt długo aby wciąż śmieszyć wszystkich...", dyplom z Historii społecznej i ekonomicznej, który był, jak twierdzi, bezcelowym doświadczeniem w ćwiczeniu przekory... I to jego zdaniem wszystko, co powinniście o nim wiedzieć, za wyjątkiem niewiarygodnego pecha bycia urodzonym w Coventry, a co za tym idzie, bycia zagorzałym kibicem Coventry City FC - "co sprawia, że jestem wiecznym i nieuleczalnym romantykiem... No ale przecież doprowadzili Włochów do śmiechu, było to czymś wielkim jak sądzę... Ned Ludd. Więc jak i kiedy znalazłeś się w New Model Army? Dean White. Leżałem na podłodze w towarzystwie półtora butelki taniego czerwonego wina dla pocieszenia kiedy zadzwonił telefon pod koniec 1994 roku. Wspólny przyjaciel Spot, zadzwonił około pierwszej rano i wspomniał, że Justin potrzebuje klawiszowca - i czy nie mam ochoty spróbować? To było we środę. W sobotę znalazłem się w kuchni Justina. Przerażony i z tym wstrętnym kacem wywołanym świetną zabawą poprzedniego wieczora, która nieoczekiwanie wymknęła się spod kontroli już o siódmej, a do północy skończyła się całkowicie, pozostawiając zalane w trupa towarzystwo. Szczęśliwie moje przesłuchanie składało się z trzech minut przy pianinie, a Justin przysłuchiwał się "Dobrze, to idzie tak... Właśnie, to jest to... To właśnie ten kawałek... No, o to chodzi... Zrobię ci kasetę." To wszystko lekko mnie zdezorientowało. Oczywiście o tym, że pierwszy koncert miałem z nimi zagrać już po dwóch tygodniach dowiedziałem się na tydzień przed występem. Grałem tylko pięć razy z całym zespołem przed moim debiutem w The Riverside w Newcastle. To było doprawdy przerażające. NL. Dlaczego? DW. Byłem kimś nowym. Wszyscy wspominali poprzednie trasy koncertowe, opowiadali plotki itp., ale ja nie byłem w temacie, zresztą jak mogłem być? Najgorszą rzeczą był rozmiar sceny, byłem dokładnie cztery stopy od pierwszego rzędu przepoconych i krzyczących maniaków, większość z nich szczerzyła bezmyślnie zęby prawdopodobnie zastanawiając się, kim do diabła jestem... NL. Byłeś wcześniej w innym zespole przed New Model Army? DW. Niezupełnie. Pracowałem wspólnie z kumplem Jamesem, przy którym Nick Cave się nie umywa. Przedtem grałem na gitarze w zespole Honeyfungus, ale to nic szczególnego, graliśmy w pubach w Leeds i okolicach. Z innych rzeczy, to pracowałem jako obsługa sceny w Town & Country Club, na Uniwersytecie, itp. - aby mieć na czynsz. NL. Jak to jest, być w New Model Army? DW. Hmm. Mówi się że nie jesteśmy tacy jak inne zespoły. Nasze motto to nie "Sex, Narkotyki i Rock 'n' Roll". Większość z nas lubi się napić, niektórzy zostali przyłapani na paleniu za szopą po szkole, ale na tym koniec. Każdy mówi, że jesteśmy bardzo mili i czasami brzmi to tak jakby było wbrew oczekiwaniom naszych fanów. Nie rozumiem tego, chodzi o to co się dzieje ze stosunkowo normalnymi ludźmi (zwykle płci męskiej, trzeba to przyznać), którzy zamieniają się w drażniących gamoni jak tylko znajdą się w pobliżu autokaru na trasie. Bycie w zespole to nie jest skrót do ignorancji i zdziecinnienia, nie ważne ile razy Liam Gallager udaje, że tak jest. Smutna prawda jest taka, że im więcej obserwuje ten biznes tym bardziej zdaje sobie sprawę, że Spinal Tap był po prostu zbyt łagodny. NL. Więc jak nie jesteś w trasie to, co robisz? DW. Siedzę w domu i nudzę się. NL. Tylko? DW. Tak naprawdę to nie utrzymujemy stosunków towarzyskich. Bardzo się różnimy od siebie, ale po pierwsze mieszkamy w różnych częściach kraju - Dave w Maidenhead, Nelson w Colchester, ja w Leeds, a Justin i Michael w Bradford. Rzadko, naprawdę rzadko dwoje bądź troje z nas znajdzie się w tym samym barze o tej samej porze, ale nic poza tym. Wszystko zależy od tego czy zbliża się koncert, albo jest nowa piosenka na tapecie. Poza tym bycie w zespole składa się z ciągłych przyjęć, otwarć galerii i zaproszeń na obiady od naszych wspaniałych i sławnych przyjaciół . . . żartuję, tak, ale można zaprosić mnie na obiad. NL. A co powiesz o waszym ostatnim albumie Strange Brotherhood, - jakie masz wspomnienia z jego nagrywania? DW.
Mieszane. Jest to podobne do bycia w trasie, z tym że po kilku pierwszych
tygodniach fascynacja tym maleje gwałtownie. Czas spędzony w studio
wydaje się ciągnąć w nieskończoność. Granie tych samych kawałków na
okrągło, nawet do czterdziestu razy na dzień, aż wszystko będzie w
porządku jest straszliwie nudne. Spójrz, to jest prawdziwa strona
sławy. My wszyscy jesteśmy ofiarami mitu Rock 'n' Roll'a, i ja jestem
tak samo pod jego wpływem jak ktokolwiek inny, ale prawda, której
nikt nie chce znać, jest taka, że to zbyt bardzo przypomina zwykłą
pracę. Potencjalnie lepiej płatną i taką, w której można się napić,
ale godziny są podłe i spędzasz wiele miesięcy z dala od rodziny i
przyjaciół, którzy znikają, żyją swoim życiem albo zmieniają się i
po powrocie nie możesz się z nimi dogadać, bo ty się nie zmieniłeś.
Głównym problemem bycia w zespole jest utrzymywanie związków, bo ci,
których kochasz również wierzą w blask sławy i skłonni są uwierzyć
że wszelkie nadużycia są na trasie na porządku dziennym; czasem to
właśnie fakt, że jesteś w zespole przyciągnął ich do ciebie, a kiedy
jesteś w trasie odchodzą od zmysłów zastanawiając się co i z kim kombinujesz.
Niestety istnieje duża rozbieżność pomiędzy mitem a rzeczywistością
bycia w związku z muzykiem. NL. Masz jakąś ulubioną piosenkę na tej płycie? DW. Żeby nie skłamać, słuchałem ten album może ze dwa razy. Słyszysz go tak wiele razy podczas nagrywania, że ostatnią rzeczą, jakiej pragniesz to usiąść i przesłuchać go aż do końca. Aczkolwiek zaczynam grać większość piosenek z albumu razem z zespołem, co jest bardziej zabawne! NL. Więc nie masz ulubionej piosenki na tej płycie? DW. Nie wiem - chyba Headlights. NL. Dlaczego? DW. Ponieważ jest ładna i łatwa do grania na koncertach (śmiech). Granie innych piosenek z zespołem jest dosyć intensywne, musisz być przez cały czas skoncentrowany, więc kiedy gramy Headlights to jest jedyna piosenka, kiedy dobrze się bawię. Jest nieskomplikowana. NL. A jak ma się Robert? DW. W porządku. Rozmawiałem z mim kilka tygodni temu wygląda na to, że zdrowie mu dopisuje. NL. Czy inaczej gra się z Michael'em w porównaniu do Roberta? DW. Są różnymi perkusistami, ale szczerze mówiąc to po kilku dniach Michael radził sobie całkiem nieźle. Myślę, że to szczęście, że Michael jest w zespole, wpasował się prawie idealnie. Musisz przyznać, że granie na perkusji w New Model Army na koncertach nie jest łatwe, szczególnie gdy koncert składa się z dwóch części. Powinieneś zobaczyć co on wyprawia swoimi rękoma - Wszyscy mamy ich zdjęcia, bo nie widzieliśmy jeszcze tylu odcisków na raz. Zdarzały się wieczory, że schodził ze sceny dosłownie krwawiąc, a później musiał grać jeszcze dwa bisy, czasami trzy. NL. Jak wygląda trasa koncertowa? DW. Męcząca i mroczna! (śmiech) NL. Hmm? DW. Jestem na scenie w krainie ciemności. Często, jestem jedynym, którego nie można dostrzec. Samo życie. Nie zawracam zbytnio sobie tym głowy - bycie skąpanym w światłach wcale mnie nie interesuje, o ile nie jest zbyt ciemno, aby cokolwiek zobaczyć. Granie Braillem nie jest zbyt zabawne, szczególnie gdy coś jest skomplikowane. Trasa koncertowa jest po prostu ciężką pracą. Nie wygląda, aby miało się to skończyć. NL. Więc jakie były najlepsze i najgorsze momenty? DW. Nie wiem. Wycieczka do Oświęcimia była ciężka dla każdego. Było to dla mnie bardziej nierealne niż przerażające uczucie, chociaż wiem, że Justin, Joolz i Brett ciężko to przeżyli. Zagraliśmy wtedy dwa wspaniałe koncerty w Polsce dla fantastycznej publiczności, a poranek był wtedy przepiękny - było mgliście i zimno, właśnie wschodziło słońce... w tym samym czasie była tam wycieczka szkolna z przewodnikiem, co było trochę dziwne... Jezu, możesz to sobie wyobrazić? W Anglii zwiedza się Ironbridge, jakieś muzea np.: muzeum rewolucji przemysłowej albo muzeum historii naturalnej w Londynie. W Polsce jest to najwyraźniej obowiązkowe dla wszystkich uczniów aby zobaczyć Auschwitz. Sprawia to, że zdajemy sobie sprawę, że żyjemy jak pod kloszem. Przechodząc przez tą bramę z napisem z kutego żelaza "Albeit Macht Frei" jest straszne, ale myślę, że najgorsza rzeczą... (pauza) och, nie chcę o tym mówić... to najdziwniejsza rzecz... ale wtedy nie wywarło to na mnie aż takiego wrażenia. No wiesz, studiowałem historię - więc moją reakcją było - aha, to właśnie tu to wszystko o czym czytałem się wydarzyło. To nie był problem, ale jest to coś co przenika twój umysł. I teraz co jakiś czas wracam do tego, nagle zdaję sobie sprawę że rozmyślałem o tym przez dwadzieścia minut. Im więcej razy o tym myślisz, tym okropniejsze się to staje. Być może szok wywołany zobaczeniem tego miejsca zagłusza inne emocje i dopiero po jakimś czasie zaczyna działać twoja wyobraźnia. Ale nie ważne jak dużą masz wyobraźnię, wiesz że rzeczywistość była sto razy gorsza... Odebrałem zdjęcia kilka tygodni temu i znajomy przeglądał je. Wskazał jedno zdjęcie opustoszałej ulicy skąpanej we mgle i promieniach słońca i zachwycał się nad pięknem tego zdjęcia. Pobladł, gdy mu powiedziałem gdzie zostało zrobione. NL: Więc jakie były najprzyjemniejsze chwile? DW: Karsruhe (Das Fest - 25 lipiec 1998 - 72,000 ludzi) Granie na przeciwko tak wielu ludzi było śmieszne - było ich tam powyżej siedemdziesięciu tysięcy. Morze ludzi gdzie tylko się spojrzało. Przez pierwsze dwadzieścia minut byłem przerażony, potem keyboard padł, a ja spędziłem kolejną godzinę szczerząc się do niego i do publiczności. To był wspaniały dzień... Najpierw zagraliśmy w domu towarowym. Miałem wtedy swój debiut na gitarze. Cha! Cha! Zagraliśmy wersję Queen Of My Heart, ale nie mieliśmy organów wiec skończyło się ma tym, że grałem partie skrzypiec na gitarze Dave'a. Co było fajne... NL. Jaka jest twoja ulubiona piosenka New Model Army? DW. Chyba Vengeance, albo może Liberal Education z pierwszej płyty. NL. Dlaczego? DW.
Sądzę, że dlatego że kupiłem ją w tym samym tygodniu, gdy pojawiła
się w sklepach. Miałem kumpla Maxa, który pracował w sklepie z płytami
i gdzie czasami spędzałem soboty. W każdym razie grał tą płytę kiedy
go odwiedziłem, a kiedy usłyszałem refren Vengeance wiedziałem
już że ją kupię - byłem nastolatkiem - więc jeśli o mnie chodziło
to, ktoś kto krzyczał wielokrotnie " bastards" był fajny. Musisz pamiętać,
że wtedy królował Wham i inne jałowe, monotonne, pozbawione duszy,
denne zespoły podążające jedynie za modą, które zdominowały moje nastoletnie
życie i upewniły mnie, że nigdy nikogo nie przelecę: punk w zasadzie
umarł i został pogrzebany kilka lat wcześniej, a jedyne co pozostało
z młodzieńczego buntu to Motorhead, ale moi rodzice naprawdę nienawidzili
Motorhead. Dziwne, ale myśleli, że New Model Army jest OK dopóki nie
usłyszeli Vengeance - później lekko pobladli... Kiedy miałem
koncert mama na początku była szczęśliwa, później sobie przypomniała,
ale poszła raczej spokojnie. Obecnie utrzymuje, że Justin brzmi jak
Perry Como! Cha! Cha! Cha! NL. Dlaczego tak jest? DW. Zawsze jest coś, czego się aktualnie nie się gra. Liczba piosenek, które można zagrać jednego wieczora jest ograniczona, podobnie jak ilość kawałków które aktualnie mamy wyćwiczone. Myślę, że moglibyśmy zagrać około 60 piosenek bez zastanowienia, ale trzeba pamiętać o tym, że w zespole są osoby, które pewnych kawałków nigdy nie grały. Sprawa z piosenkami NMA wygląda następująco, to że są interesujące sprawia w wielu przypadkach ich nietypowa konstrukcja w porównaniu do piosenek wielu innych zespołów. Często odchodzą od klasycznego wzorca utworu rockowego, który składa się ze zwrotki, refrenu, zwrotki, refrenu, solówki i refrenu, i nawet jeśli brzmią prosto to jest w nich więcej nut niż mogłoby się zdawać. Z tego powodu nie jest się w stanie zapamiętać wszystkiego. Podobno ostatnio zrobiono zestawienie ulubionych kawałków NMA, w którym każdy z fanów mógł typować trzy utwory i w efekcie prawie wszystkie kawałki zostały uwzględnione. Myślę, że jest to dosyć niespotykane. Ile jest zespołów które są w stanie poruszyć tak wielu różnych ludzi i tak wiele emocji, że prawie cały ich dorobek jest lubiany? I to przez tak różnych ludzi. Po prostu fizycznie nie damy rady zagrać wszystkiego - Michael potrzebowałby masarzu serca i transplantacji rąk... Więc chyba nie można zadowolić wszystkich keyboardzistów. Gramy zwykle prawie dwie godziny, czasami trzy albo więcej gdy koncert ma dwie części i aby być szczerym musze powiedzieć, że to ciężka praca. Czasami Michael jest tak wyczerpany, że ledwo się porusza... Jest coś, co jest zawsze podziwiane w New Model Army - zaangażowanie wkładane w koncerty. Pamiętam The Happy Mondays na koncercie na Uniwersytecie w Leeds i Shaun Rider był tak upalony, że musiał usiąść po drugiej piosence, a koncert trwał około trzydziestu pięciu minut. Myślę, że to kant. Skoro płacę dychę za ich występ, to chciałbym żeby przynajmniej się postarali. NL. Więc jakie masz ulubione zespoły? DW. O Jezu, jest mnóstwo. Przypuszczam, że zespoły których słucham najwięcej to The Beatles oraz Can. Myślę, że jest coś naprawdę fantastycznego w Beatles'ach i trzeba im to oddać. Jeśli chodzi o Can to jest w nich tyle inwencji i szaleństwa, że kocham ich. Z reguły zwykłem słuchać kapel z końca lat 60 - tych i początku 70 - tych oraz głównie dziwnej psychodelicznej muzyki (albo Psychoderek jak zwykł ją nazywać Dave). Szczególnie lubię punk garażowy z połowy lat 60 - tych, który był w pewnym sensie uczciwy, ale i naiwny. Słucham także dużo muzyki klasycznej, aby ucho mogło odpocząć - coś lekkiego jak Schumann albo Mozart, który jest wyniosły. Słucham też dużo nowych rzeczy, które się pojawiają, ale nie słyszałem niczego oryginalnego czy inspirującego - chociaż jestem ostatnio "uzależniony" od Elliota Smith'a, który jak myślę jest wspaniały, chociaż właściwie o nim nic nie wiem. Wpadłem na niego oglądając kilka filmów czy coś takiego i po raz pierwszy w życiu zwróciłem uwagę kto napisał jedną z piosenek i jestem niezmiernie zadowolony, że zaryzykowałem i kupiłem płytę - była to jedna z tych ubarwiających życie chwil... Było to całkiem miłe... Jest tyle różnych gustów muzycznych w zespole, że nie możemy się zgodzić na słuchanie jednego albumu jednocześnie. Myślę, że najbliżej nam do konsensusu w momencie gdy słuchamy The Who - Live At Leeds, nawet niezbyt przekonany Nelson i Justin, który woli Quadrophenia. Słuchając muzyki w autokarze to dość eklektyczne doświadczenie i często wybucha walka o to, czego będziemy słuchać - jeszcze przed tym kiedy nasza obsługa zostanie w to wciągnięta. NL. Kto zwycięża? DW. Paul nasz dźwiękowiec. NL. Jakim cudem? DW.
Gra w rugby, więc się nie sprzeczamy... NL. Czy były jakieś wydarzenia albo piosenki, które sprawiły, że chciałeś zostać muzykiem? DW. Niezupełnie. Myślę, że zawsze nim byłem, chociaż kiedy jako trzynastolatek zobaczyłem film o Hendrix'ie miałem nieodpartą ochotę chwycić za gitarę i dać czadu i przez to zaistnieć, a mówi się, że telewizja ma zły wpływ na młodzież! Nie mówię żebym miał jakieś powołanie, po prostu zawsze na czymś grałem. Początkowo na flecie jako sześciolatek, potem na klarnecie, potem na organach, w końcu na gitarze kiedy miałem piętnaście lat. Zmuszano mnie też do śpiewu w szkolnym chórze, ale nie znosiłem tego. NL. Dlaczego? DW. Cóż, miało to chyba związek z dorastaniem. Dzieciaki śmiały się ze mnie że gram na tych wszystkich instrumentach, bo tego się w moich stronach po prostu nie robiło, no a do tego wszystkiego jeszcze śpiewanie w chórze upewniło moich kumpli ze szkoły, że byłem jakimś nadętym odludkiem, wiec w końcu to rzuciłem. Nie mogłem już tego znieść. Nawet do teraz ciężko jest mi śpiewać jeśli w pokoju są jakieś inne osoby. NL. Czy dlatego nie śpiewasz na koncertach? DW. Niezupełnie. Tak naprawdę to potrafię śpiewać - nie robię tego nadzwyczajnie, ale trzymam się melodii, po prostu na scenie jest zbyt wiele skomplikowanych rzeczy do zrobienia i nie jestem w stanie koncentrować się dodatkowo na śpiewaniu. Instrumenty klawiszowe mają to do siebie, że sprawiają dużo kłopotów, głównie dlatego, że są bardziej podatne na problemy z zasilaniem niż inne instrumenty, ale także dlatego że są sterowane przez komputer zatem już z definicji nie działają, tak jak powinny. Jest tyle klubów w Europie, które mają awangardowe podejście do spraw związanych z napięciem elektrycznym, które będąc zmiennym sprawia, że w rezultacie "klawisze" przestają działać, kiedy napięcie spada. Myślę, że regulator napięcia byłby pomocny, ale jest na samym końcu listy zakupów. Jest też problem temperatury - na wilgotnych od potu salach często zawodzą. Są tak perfidne w stwarzaniu problemów, że czasami odmawiają posłuszeństwa bez powodu. W zasadzie to jest wojna na wyczerpanie pomiędzy mną a tymi cholernymi "klawiszami". W każdym razie sprawia to, że skoncentrowanie się na czymś innym byłoby trudnością. Także prawie zawsze jestem zbyt blisko wzmacniacza Nelsona, który jest niezwykle głośny i wystarczająco blisko perkusji, aby zaznać prawdziwego lęku... Nawet usłyszenie tego co gram, to jest już zmaganiem się - każdego dnia. NL. Czy nie właśnie po to macie słuchawki na scenie żeby się słyszeć? DW. W teorii. Ale w rzeczywistości przy głośności basowego wzmacniacza oraz perkusji, połączonych z gitarami i wokalem w moich słuchawkach jest zwykle zbyt głośno aby nawet myśleć gdzie ja właściwie jestem na scenie - co sprawia, że koncertowe doświadczenia są takie zabawne. NL. Więc nie lubisz grać koncertów? DW. Uwielbiam to robić. Nie znam niczego innego, co jest bardziej intensywne emocjonalnie i bardziej wyczerpujące. Granie koncertów jest lepsze od narkotyków i seksu, jest nie do pobicia. Jest tylu muzyków na tym świecie, którzy grają wyłącznie aby stać się sławnym, kogoś przelecieć albo chcą w ten sposób się wzbogacić i jeżeli oni grają tylko dlatego, to jest mi ich szkoda, ponieważ tyle przyjemności można mieć ze zwykłego grania muzyki. Jest to najlepszy sposób komunikacji pomiędzy ludźmi, jaki został wynaleziony. Co innego może doprowadzić cię do łez, zachęcić do tańca, albo krzyku z radości. Jak to ujął Nietzsche - "Poprzez muzykę pasje się uwalniają". Pokaż mi coś innego, co ma w sobie tyle energii co muzyka, nie zdołasz. Pokaż mi coś, co jest tak uniwersalne w zrozumieniu jak muzyka - Muddy Waters wył grając bluesa w Chicago i jego cierpienie rozumieli w Chinach. Mam poczucie komfortu grając muzykę, ma to dla mnie sens - kiedy wszystko inne diabli biorą, zawsze jest jeszcze muzyka. Myślę, że definicja piekła to cisza. Zniosę wszystko tak długo dopóki jest muzyka. NL. Nawet Steps? DW. Powiedziałem, że dopóki jest MUZYKA. Nie, cofam to co powiedziałem, Peter Waterman to szatan, a Steps to jego szatański plan zniszczenia ludzkiej duszy. To prawda - mocno wierzę, że Peter Waterman w pojedynkę zrobił więcej niż ktokolwiek inny w swoim kraju aby zniszczyć muzykę. Wszystko, czego był producentem było zupełnie bezduszne. Najbardziej niezwykłą rzeczą jest to, że tak wielu ludzi kupiło ten chłam. Nie mogę tego pojąć. Dlaczego ludzie chętnie kupują to gówno, kiedy mogliby słuchać Arethy Franklin albo Roberta Johnsona albo r&b. Czy ich to obchodzi, że są przywiązani do słuchania pozbawionych talentu debili w tak zwanych modnych ciuchach i tylko zasilają jego konto bankowe? W tym nie ma nawet znikomej wartości - facet sam przyznaje, że produkuje nadającą się na śmietnik muzykę - więc jak to o nim świadczy? To jest niepojęte... W rzeczywistości wielu go podziwia - na pewno przejdzie do historii jako jeden z największych oszustów. Stare przysłowie mówi, że społeczeństwo ma takich przestępców na jakich sobie zasłuży. Może społeczeństwo też dostaje muzykę na jaką zasługuje - nie chce mi się myśleć o czymkolwiek co przypomina mi czasy M. Thatcher i tego gówna, które musieliśmy znosić w latach osiemdziesiątych - płytkie, banalne, pełne miernoty kawałki i na domiar złego ponownie zaczął produkować swoje hity... Brak mi słów! Ale myślę, że ten się śmieje ostatni: kto ma basen czy ten kto ma zwilgotniałą sypialnię w wynajętym mieszkaniu. Interesujące pytanie, nieprawdaż? Może powinienem sprzedać swoją duszę Peterowi Waterman'owi... |
|
Facet
w Czerni
|
| Tłumaczenie - Jan Drabowicz oraz Małgorzata Andrzejewska (wielkie dzięki). |